Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 952 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 07 października 2007 18:21

 A Heming... Poczuła ciepło wokół serca. Tak, był
buntownikiem, to już odgadła. Benedykt najwyraźniej też
stał po ich stronie.
  A skoro tak, pewnie znowu zobaczy Heminga. Oczami
wyobraźni ujrzała drwiący błysk w jego oczach, zawadia-
cki nos, usta, które zawsze wgdawały się gotowe do
śmiechu, i jasne włosy, lśniące w blasku księżyca...
  Młode, niedoświadczone serce dziewczyny wypełniły
nowe uczucia. To naturalne, że w zauroczeniu myślała
wciąż o jego ujmującej powierzchowności. Wypełniło ją
bezgraniczne uwielbienie właściwe tylko bardzo wczesnej
młodości. Uwielbienie, które nakazuje przymykać oczy na
wszystkie wady i błędy, a przypisuje wybranemu wyma-
rzone przymioty i uczucia.
  Ten dzień nie był dla Silje długi. We dworze wkrótce
zapanował spokój. Kobiety poprosiły ją, by mogły zająć
się dziećmi jeszcze jedną noc. Były takie życzliwe. Oczywi-
cie zgodziła się.
  Sądziła, że niełatwo będzie jej znów zasnąć, myliła się
jednak.
  Sny przychodziły i odchodziły. Silje cicho wzdychała,
mięśnie rąk i nóg lekko jej drżały, jak gdyby usiłowała
przed czymś umknąć.

  Była w domu, leżała na zboczu, niedaleko dworu.
Z oddali wyłaniała się "Kraina Mroku". Ostre, po-
strzępione szczyty gór. Ukryte między nimi doliny.
Złocistoczerwone niebo.
  Coś wyłoniło się spośród wzgórz. Czarne postacie
z szerokimi skrzydłami. Jej demony. Podświadomie, we
śnie, usiłowała się bronić. Było ich kilka. Sześć, może
osiem. Ale były niebezpieczne. Unosiły się w powietrzu,
szukały. Wiedziała, że ich oczy już ją odnalazły, choć
udawały, że jeszcze jej nie spostrzegły.
Nagle zorientowała się, że jest naga. Nie miało to
jednak znaczenia. Nikt poza duchami przepaści nie mógł
tego zobaczyć. Ta świadomość przyniosła jej ulgę. Z roz-
koszą wyciągnęła się w trawie. Dziwne zwidy były teraz
bliżej. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe. Zobaczyła je
wyraźniej. Były nagie. To byli mężczyźni. Ich demoniczne
twarze miały w sobie niezwykle sugestywną siłę przyciąga-
nia. Dłonie mieli zakończone długimi pazurami, tułowia na
wpół ludzkie, na wpół zwierzęce. Tak, w wielu miejscach
natura obdarzyła ich równie hojnie jak zwierzęta.
  Widzieli ją i pożądali jej. Nigdy jednak nie zniżyli
swego lotu tak, by znaleźć się przy niej. Zataczali
w powietrzu niewielkie kręgi, jak gdyby coś ich po-
wstrzymywało, jakby na coś czekali.
  Ujrzała twarz jednego z nich. Choć groteskowo wy-
krzywiona, to jednak piękna, o czystych rysach. Twarz
młodzieńca otoczona złotymi lokami. Z rogami jelenia.
  Poznała go i zadrżała z radości, że znów go widzi. Lecz
on też nie odważył się zejść na dół. Jego ciało od pasa
w dół było ciałem jelenia, a zamiast ramion wyrastały mu
ogromne skrzydła.
  W pewnym sensie nie życzyła sobie, by był nagi;
wzburzyło ją to. Uwielbiała tylko jego piękną twarz, nic
więcej nie chciała, niczego więcej nie pragnęła.
  Demony z szacunkiem rozsunęły się nieco.
  Ponad "Krainą Cieni" uniosła się nowa postać, większa
i groźniejsza od innych. Znieruchomiała na tle płonącego
nieba. Choć zatrzymała się w oddali, we snie Silje spostrzeg-
ła, kim ona lest. Poznała lego twarz. Kuszącą i odpychającą
zarazem, z grymasem drapieżnika, pociągającą, pociągają-
cą... Czarne spirale skręconych włosów opadały na czoło,
pełne blasku oczy świeciły w jej kierunku.
  Mimo że się starała, nie mogła jednak dojrzeć tułowia.
Chciała go zobaczyć całego, lecz pozostawał w cieniu.
Mogła tylko rozróżnić kontury, które przywodziły jej na
myśl fauna, satyra...
  Jej ciało było ciężkie i ospałe, oddychała głęboko,
dziwnie podniecona. Poruszyła się powoli w trawie,
podciągnęła lekko nogi, pełna obawy, przerażona, ale
i zafascynowana.
  Zamachał z wolna skrzydłami i przysunął się bliżej.
Krzyknęła tak głośno, że się obudziła. Leżała w półśnie,
chwytając głęboko powietrze, z uczuciem jednocześnie
ulgi i zawodu, że sen przerwał się akurat w tym momencie.
Poczuła, że ciało jej płonie w sposób, jakiego nigdy dotąd
nie doświadczyła Była poruszona, wstrząśnięta. Usiłowa-
ła dłońmi zasłonic swój wstyd, lecz one tylko rozpaliły
iskrę. Teraz nie było już odwrotu.
  Wyczerpana opadła na łóżko, niemal bliska śmierci ze
wstydu, że właśnie doznała uczucia wielkiego szczęścia.
Tymczasem wszystko miało swoje naturalne wytłumacze-
nie. Po prostu Silje dorosła.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

niedziela, 07 października 2007 18:14
 Oczy Benedykta zabłysły.
  - Słyszałeś, balwierzu? Może to nareszcie ktoś, kto
doceni moją sztukę! Naprawdę takich ludzi nie ma zbyt
wiele! Jutro, Silje, pójdziesz ze mną do kościoła. Tam
dopiero zobaczysz dekoracje!
  Rozjaśniła się.
  - Dziękuję, z miłą chęcią.
  - Nie na tych stopach - zamruczał balwierz pod nosem.
  - Czy mogę teraz wstać? - zapytała Silje.
  - Nie - odparł cyrulik i zanurzył kawałki płótna
w garnku, a potem owinął nimi jej stopy. Okład był tak
gorący, że prawie ją parzył: pachniał ostro ziołami. - Nie,
musisz poleżeć tak przez kilka godzin. Myślę, że powinnaś
jeszcze trochę pospać.
  - Tak, też tak myślę - uśmiechnęła się. - A dzieci?
  - Moje niewiasty już się nimi zajęły - powiedział
Benedykt. Nie musisz się martwić.
  Wyszli. Silje, rozgrzana i uspokojona, znowu zasnęła.
  Zbliżał się wieczór, poznała to po wpadającym do izby
świetle. Usiadła i ostrożnie spróbowała wstać. Nogi bolały
ją, ale nie aż tak, by nie mogła tego wytrzymać. Przywykła
do bólu przez ostatnie dni mozolnej wędrówki.
  Niech Bóg da, by to był kres jej tułaczki! Niech Bóg da,
by wraz z dziećmi mogła pozostać u tych życzliwych ludzi!
A ona nawet im nie podziękowała jak należy! Co sobie
o niej pomyślą?
  Zabrano jej przyodziewek. Zamiast niego przyniesiono
koszulę z niefarbowanego płótna, ciemną sukienkę z wąs-
kim stanikiem i parę łapci na tyle dużych, by mogła w nich
zmieścić swe zabandażowane stopy.
  Silje ubrała się szybko i czesała włosy kościanym
grzebieniem. Jej dłonie nie były owinięte, nasmarowano
je tylko mocno pachnącą, miętową maścią. Nagle zaprag-
nęła zanurzyć się cała wraz z głową w gorącej, aromatycz-
nej kąpieli. Zmyć z siebie cały brud...
  Najwyraźniej zaczynam być coraz bardziej wymagają-
ca, pomyślała. Człowiek szybko przyzwyczaja się do
dobrego. A przecież dopiero co byłam wdzięczna za
spleśniałą skórkę chleba!
  Sukienka w zasadzie na nią pasowała. Była trochę za
luźna w talii, ale wystarczyło tylko zasznurować mocniej
pas. Nie miała siły splatać włosów, musiały zostać roz-
puszczone. Obok leżał obcisły kubrak z bufiastymi
rękawami zwężającymi się ku dołowi, sztywnym koł-
nierzykiem i króciutką falbaną od pasa. Nie założyła go
teraz. Całość należała chyba do służącej.
  Kulejąc doszła do drzwi. Zatrzeszczały szerokie deski
w podłodze. Doprawdy, mieli też podłogę z drewna!
W domu przyzwyczaiła się do ubitej gliny lub posadzki
z kamienia. Przekroczyła wysoki próg i stanęła na kamien-
nym stopniu.
  Zmrużyła oczy patrząc na słońce wiszące nisko tuż nad
horyzontem. Nie wiedziała, że wciąż jeszcze świeciło,
szyba okienna tłumiła jego blask: Mogła teraz obejrzeć
dziedziniec, pokryty cienką, białą warstwą śniegu. Ciemne
domy otaczały podwórze. Zobaczyła stojący z boku duży
budanek, a tuż za nim domostwo ze strychem i gankiem,
bogato zdobione rzeźbieniami.
  Nigdzie nie było widać żywej duszy. Zatęskniła do
ciepła izby. Podniosła wzrok.
  Drgnęła. Poczuła, jak nagle cała krew odpływa z jej
serca.
  - O, dobry Boże, nie! - jęknęła.
  Chwyciła za futrynę i przyerzymała się mocno. Spoj-
rzała jeszcze raz.
  Między budynkami, gdzie droga dochodziła do zabu-
dowań, był prześwit. A za nimi... Za nim były wysokie
góry, natrętnie bliskie. Ich szczyty wznosiły się ponad
dachami. Rozpoznała dokładnie każdy wierzchołek, każ-
dą przełęcz. "Kraina Cieni", "Kraina Mroku"...
  Znalazła się jeszcze bliżej miejsca, które tak przerażało
ją w dzieciństwie, bliżej groźnych, tajemniczych siedzib
Ludzi Lodu. Właściwie była teraz prawie u samego
podnóża gór. Oddzielało ją od nich tylko wrzosowisko.
A za wrzosowiskiem piętrzyła się niedostępna ściana gór;
wydawało się, że sięga nieba, jakby drwiła sobie z Boga
Ojca i jego domostwa.
  Muszę stąd odejść, pomyślała w pierwszej chwili.
Opanowała się jednak. Nie była już dzieckiem. Wszystkie
jej fantazje o demonach żeglujących w powietrzu były
przecież tylko rojeniami. To ona sama je wymyśliła, nie
istniały w rzeczywistości. A całe to ludzkie gadanie
o straszliwych Ludziach Lodu - to tylko po to, by Silje
trzymała się z dala od gór. Przecież wcale nie musiała stąd
wyjeżdżać, wcale. Czy z powodu kilku dziecinnych
wymysłów naprawdę musi opuścić jedyne miejsce, w któ-
rym znalazła schronienie podczas swej tułaczki?
  Jedna ze starych kobiet wyszła z sąsiedniego domu
i zamachała do niej ręką. Silje oderwała wzrok od
ciemnoszarych, pokrytych śniegiem zboczy gór, prze-
brnęła kulejąc przez dziedziniec i podeszła do niej.
  - Wejdź - powiedziała kobieta przyjaźnie. - Właśnie
posilamy się w kuchni. Biedactwo, na pewno jesteś głodna?
  - Tak, ale najpierw chciałabym się umyć i trochę
ogarnąć.
  Szybko doprowadziła się do porządku i weszła do
obszernej, przytulnej kuchni z ogromnym paleniskiem
i długim stołem. Zgromadzili się tu przy posiłku wszyscy
mieszkańcy dworu. Speszona pozdrowiła każdego ukłonem.
  Było ledwie parę osób. Zaraza musiała się tu roz-
  panoszyć na dobre. Na wysokim krześle siedział sam
Benedykt, obok niego dwie kobiety, każda z dzieckiem na
kolanach, i parobek. To już wszyscy.
  Kobiety musiały być siostrami, takie były podobne.
Ubrane w czarne, długie aż do stóp suknie, uśmiechały się
ciągle. Widać było, że pragną utrzymać miłą atmosferę, by
wszyscy czuli się dobrze. Silje pomyślała, że na pewno
bardzo je polubi.
  Ucieszyła się, gdy zobaczyła, że noworodek zaczął
przyjmować pokarm. Ssał pokrojone kawałeczki chleba,
zanurzone w mleku. Mała Sol poznała ją i przywitała
radośnie, szybko jednak odwróciła się do parobka, który
bawił się z nią wesoło, aż zanosiła się ze śmiechu.
  - Wejdź, moja miła - powiedział Benedykt przyjaźnie.
  - Chodź, siądź tu koło mnie.
  Podziękowała, jeszcze raz się ukłoniła, cicho odmówiła
modlitwę przed jedzeniem i usiadla. Widocznie malarz był
wierny Prostym obyczajom, bo na wieczerzę składały się
tylko trzy potrawy: solone mięso, słonina i kapusta.
Z boku na stole stały duże baryłki z piwem.
  W żadnym razie nie można było tego porównać
z przeciętnym posilkiem. Przeważnie sześć dań stanowiło
minimum, a w naprawdę bogatych domach podawano na
stół nawet czternaście potraw. Osoba dorosła wypijała
przeciętnie sześć miar piwa dziennie, ale podwójna ilość
też nie była niczym niezwykłym.
  Dla Silje jednak było to jak cudowna wizja. Podczas
jedzenia przyjrzała się dzieciom.
  Po raz pierwszy widzę je w dziennym świetle
- powiedziła zawstydzona. - Ładni są oboje! Ale tak
bardzo różni!
  - Ta mała to istna łobuzica! - powiedziała jedna z kobiet.
- Co za temperament! W jednej chwili jest promiennie
radosna, ale gdy tylko coś idzie nie po jej myśli, zmienia się
od razu i wybucha niesanzowitym gniewem.
  Silje kiwnęła głową.
  - Zauważyłam to wczoraj wieczorem.
  - Kiedy dorośnie, na pewno chłopcy będą się za nią
uganiać - mruknął Benedykt. - Te zielone oczy i czarne
loki!
  Jeśli przeżyje, pomyślała Silje zasmucona. Najbliższe
dni zadecydują. Znów pojawiła się jej przed oczami zmarła
matka dziewczynki.
  Sądzę, że chłopiec ma niezwykle ładne rysy jak na
nowo narodzone dziecko prawda? - Próbowała otrząs-
nąć się ze smutnych myśli. Popatrzyła na małą twarzyczkę
i jasny puch włosów na główce.
  - Tak - odpowiedział Benedykt. - Można się tylko
domyślać, skąd on pochodzi. Zwróciłaś chyba uwagę na
okrycie, w które był zawinięty?
  - Zobaczyłam je, kiedy stanęliśmy w świetle. To
dziwne.
  - Skandale zdarzają się i w szlachetnych rodaeh
- wymamrotał.
  - Poproszono mnie, bym je dobrze przechowała
- powiedziała.
  - Powinnaś tak zrobić - Benedykt skinął głową. Jego
pomarszczona twarz była poważna. Ale czy naprawdę
młody Heming był tak przewidujący?
  Ach, że też musi się tak rumienić i czuć przyspieszone
bicie serca, gdy tylko słyszy imię Heminga! Ale nie
mogłaby zaprzeczyć, że bardzo pragnęła znów zobaczyć
jego pociągającą twarz.
  - Nie, to kto inny - odparła zmieszana. - Bardzo
szczególna osoba... prawie zwierzoczłek. Jestem mu
głęboko wdzięczna. To on przysłał mnie do was. A skoro
już o tym mówimy, chciałabym bardzo podziękować za
okazaną mi życzliwość. Bez żadnych sprzeciwów przyjęli-
ście przecież mnie i dzieci. I w tak przyjazny sposób!
  - Spełnia się takie polecenia - wymruczał malarz.
Jednak coś w sposobie jego zachowania podpowiedziało
Silje, że nie życzy sobie żadnych dodatkowych pytań.
- Podejrzewałem, że Heming nie byłby tak rozsądny. Ale,
dziewczyno, co my z tobą zrobimy? Jak widzisz, jest nas
tylko kilka osób, potrzebowalibyśmy kogoś do pomocy.
Jeśli wystarczyłoby ci tylko jadło i dach nad głową?
  - O tak, serdeczne dzięki - odparła wpatrzona w swój
talerz. - Tym razem spróbuję skupić się na pracy.
  - I nie marzyć? - zaśmiał się Benedykt. - Ludziom
potrzebne są marzenia, Salje. A takim jak ty i ja bardziej
nawet niż innym. Zrozum, wszyscy mieszkańcy tego
domu nie żyją. To był mój brat i jego rodzina. Proszę, nie
pytaj. Zbyt wielką przykrość sprawia nam mówienie
o nich. Ale my, pozostali, musimy, przecież żyć dalej.
  - Myślę, że rozumiem. Niedawno przeżyłam to samo.
Wszyscy mamy swoich zmarłych.
  Służba pokiwała głowami w milczeniu.
  - Ja mieszkam w tym ozdobionym domu obok
- ciągnął Benedykt - i nie biorę udziału w podejmowaniu
decyzji dotyczących gospodarstwa.
  Wydawał się niezwykle dumny ze swego zajęcia.
  - Pijesz tak mało - powiedział. - Piwa mamy w bród.
Jeśli chciałabyś siedem miar zamiast sześciu, to nic nie stoi
na przeszkodzie.
  - O nie, dziękuję, wypijam ledwie trzy dziennie!
  - A cóż to za głuptas! Pijesz piwo jak ptaszek? Ale
zgadzam się z tobą. Sam piję, jak widzisz, tylko wino.
Napój godny artysty.
  Silje siedziała twarzą do okna. Tu, w domostwie
mieszkalnym, szyba była przejrzysta. Dotąd starała się nie
patrzeć w tym kierunku i nie wyglądać przez okno, ale
teraz nabrała odwagi. Przyjazny ton malarza ośmielił ją.
  - Te góry... Przeraziłam się, gdy zobaczyłam, że są tak
blisko.
  Poczuła, że odwaga jej nie opuszcza, i zaczęła opowia-
dać o tym, jak bardzo bała się gór w dzieciństwie. Choć
mieszkała dalej na północny wschód, widziała je dokład-
nie i lękała się ich. O latających potworach tylko wspo-
mniała. Powiedziała, że góry wywoływały jej przetażające
wizje.
  - Wcale mnie to nie dziwi. Sam ich się boję. Benedykt
skinął głową. - Wiszą ciągle nad człowiekiem, stale
zagrażają. A jeszcze wszystkie te okropne historie o Lu-
dziach Lodu! Przypuszczam, że ciebie też nimi karmiono?
  - O tak. A kim są naprawdę Ludzie Lodu? - zapytała
z bijącym sercem.
  Dotąd właściwie było nie do pomyślenia, by gospodarz
i służba siedzieli przy jednym stole i rozmawiali. Czasy się
jednak zmieniły. Zaraza sprawiła, że ludzie stali się
bardziej samotni i szukali z sobą kontaktu mimo dzielą-
cych ich różnic stanowych. Poza tym Benedykt nie był
zwykłym człowiekiem, lecz wysoko cenionym artystą
i mógł robić co chciał.
  Bez wątpienia polubił Silje. Ona także przeczuwała, że
ich dusze są sobie pokrewne.
  - Ludzie Lodu - powiedział wolno. Wszyscy słuchali
go w napięciu. Skończyli już jeść, lecz nadał pozostawali
przy stole, jakby byli spragnieni swego towarzystwa.-
Ludzie Lodu to legenda. Podobno czynią wiele zła
i umieją czarować. Chyba słyszałaś o Tengelu, zły m duchu
Ludzi Lodu?
  - Ależ panie Benedykcie! - przerwała jedna z kobiet,
a druga przeżegnała się szybko. Wzburzony parobek wstał
i wbił nóż w ścianę nad drzwiami.
  - Przesądy - mruknął malarz. - A więc słyszałaś, Silje?
  - Tylko tajemnicze wzmianki - odpowiedziała. - Nikt
nie chciał mi nic powiedzieć.
  - Dobrze, teraz o tym usłyszysz. Ja się nie boję ani
trolli, ani samego Diabła. Trzysta, czterysta lat temu
młody Tengel schronił się gdzieś w górach. Wraz z gro-
madą innych chłopów królewskim rozkazcm został wypę-
dzony ze dworu. Zaprzysiągł zemstę. Zaprzedał duszę
Szatanowi i został wodzem Ludzi Lodu. Tengel znaczy
również wódz, tego pewnie nie wiedziałaś? A Ludzie
Lodu... Zostali tak nazwani, bo podobno nie można się
dostać do ich siedzib. Trzeba iść pod lodem, tunelem
wzdłuż rzeki, by tam datrzeć.
  - Czy Tengel znał się na czatach, kiedy tam przybył?
  - Tego nie wiemy. Mówi się, że był zwykłym człowie-
kiem, ale pakt, który zawarł z Diabłem, dał mu nad-
przyrodzoną moc. Przez stulecia rosła sława Ludzi Lodu,
gdyż dzieci, które spłodził, miały w sobie tę samą moc. I...
- Benedykt zniżył głos - mówią, że Tengel nie ma grobu!
  Silje otworzyła szeroko oczy. Odruchowo zerknęła
w mroczny kąt i na drzwi prowadzące w ciemność.
  - Myślicie, panie... że Diabeł go zabrał?
  - Tego nie powiedziałem. - Malarz opuścił wzrok.-
Tego nie powiedziałem. Nie było miary na to, co Ludzie
Lodu mogli uczynić. Ale to wszystko tylko gadanie, Silje.
Głupie, idiotyczne przesądy!
  - Czy to znzczy, że nie istnieją? - zapytała.
  - Nigdy ich nie widziałem. A mieszkam tu przez całe
moje życie. Jednak przyznam szczerze, że dobrowolnie
nie pójdę w te góry! Ale to inna sprawa, to te ogromne
góry napawają człowieka lękiem.
  Kobieta trzymająca na kolanach Sol zakryła uszy
dziewczynki.
  - Panie Benedykcie, powinniście bardziej uważać na to,
co mówicie - rzekła wzburzona. - Nie mówi się o... nich.
  Parobek był odważniejszy.
  - A tam, istnieją! Może kiedyś, dawno temu, ale nie
teraz. Zginęli razem z "czarną śmiercią" dwieście lat temu.
Oni, jak i większość innych. Byłem w górach wiele razy
i nie widziałem tam żadnych ludzi ani ich siedzib.
  A więc to były tylko fantazje, uspokciiła się Silje.
Nareszcie będzie mogła przestać się nimi przejmować,
przestać się ich obawiać. I pomyśleć tylko, że najadła się
do syta, znów było jej ciepło i miała na sobie czyste i całe
ubranie. Nie mogła powstrzymać radości.
  - Jest mi tak dobrze! - westchnęła. - Myślę, że
królestwo Boże nie może się z tym równać!
  Wszyscy zaśmiali się wyrozumiale.
  Pełnię szczęścia zmąciła jej myśl o zarazie i spojrzała
zaniepokojona na Sol. Jak dużo czasu upłynie, zanim ta
straszna choroba znów zaatakuje? Widziała wystarczająco
dużo jej ofiar, by móc rozpoznać objawy. Mała wciąż
jeszcze była ożywiona i radosna. Ale podczas posiłku jej
oczy nabrały dziwnego wyrazu, a usta zaczęły nieco drżeć.
  - Mama - powiedziała głosem pełnym skargi. - Mama!
  Jedna z kobiet wzięła ją wtedy na kolana i kołysała,
dopóki dziewczynka nie uspokoiła się.
  - Jest taka mała, niedługo zapomni - powiedziała
kobieta.
  Później Silje musiała opowiedzieć o swej smutnej
wędrówce i o wydarzeniach ostatniej doby. Nie usłyszała
jednak ani słowa o tym, kim był człowiek, który jej
pomógł. Zauważyła tylko, że kobiety wymieniły wymow-
ne spojrzenia i usłyszała, jak jedna z nich wymamrotała coś
jakby "miserere", a parobek zwiesił głowę i uparcie
wpatrywał się w podłogę, by ukryć wyraz twarzy.
  Nagle wszyscy drgnęli. Usłyszeli dudnienie końskich
kopyt i dźwięk broni.
  - Żołnierze wójta! - zawołał Benedykt i wyjrzał na
dziedziniec, gdzie zatrzymała się grupa jeźdźców. - Silje,
czy to z nimi rozmawiałaś wczoraj? Na wzgórzu szubienic?
  Zaczęło się zmierzchać, przez okno niewiele można
było dostrzec, lecz mimo wszystko poczuła się pewnie.
  - Nie, tych tutaj nie znam.
  - Dobrze, nie musisz się więc ukrywać. Greto, zabierz
jednak mniejsze dziecko! A najlepiej oboje.
  Kobieta wraz z dziećmi zniknęła w izbie obok.
  Benedykt wstał i szedł na spotkanie przybyłych. Pozos-
tali nie ruszyli się z miejsc, starali się tylko usłyszeć
wszystko, o czym będzie mowa.
  Pozdrowił ich i zapytał, z jaką sprawą przybyli.
  Dowódca wszedł po schodach.
  - Czy nie widzieliście nikogo obcego tu we dworze,
dziś w nocy lub za dnia?
  - Nie, nie widzieliśmy. Kogo szukacie?
  - To, do diabła, dobrze wiecie, Benedykcie Malarzu!
Ten buntownik, Dyre syn Alva, grasował dziś w nocy ze
swymi ludźmi. Spalił siedzibę jednego z ludzi króla.
Chcemy z tym skończyć. Czy możemy przeszukać stajnię?
  - Oczywiście, jeśli uważacie, że stare kobyły warte są
oglądania. Ale nie przypuszczacie chyba, że ja...?
  - Przypuszczacie? - parsknął dowódca i odwrócił się na
pięcie.
  Mężczyźni skierowali się do jednego z budynków.
Najwyraźniej byli tam już wcześniej, szukając obcych
koni.
  Po chwili wyszli.
  - A Heming Zabójca Wójta? - zapytał dowodzący.
  - Nie widziałem go od wieków - odparł Benedykt tak
przekonująco, że gdyby Silje nie wiedziała, jak było
naprawdę, uwierzyłaby mu od razu.
  - Tym lepiej dla ciebie.
  Część żołnierzy przeszukiwała inne budynki. Spraw-
dzano, czy nie ukryto jakiegoś konia między bydłem.
Wkrótce gotowi byli do odjazdu.
  - Lepiej pilnuj się, Benedykcie! - krzyknął dowódca
przez ramię. - To, że trochę powisisz pod sklepieniem
kościoła, nie daje ci wolnego wstępu do nieba!
  - Zakłócanie domowego spokoju również tego nie
zapewnia! - odkrzyknął Benedykt.
  A więc dowiedziała się, kim był mężczyzna w wilczej
skórze. Dyre syn Alva... czy nie słyszała o nim już kiedyś?
Największy w Trondelag wróg panowania Duńczyków.
Wszyscy go chronili; niemożliwe więc, by został pojmany
przez wójta.
  Otwartej nienawiści w stosunku do króla nie było.
Chłopów mało na ogół obchodziło, kto nimi rządzi. Kiedy
przed piętnastoma laty region ten zajęli Szwedzi, dobrze
przyjęto nowych panów. Szwedzi opuścili Trondelag,
mieszkańcy bez zbytnich protestów przeszli pod panowa-
nie Duńczyków. Wszystko jedno, Kopenhaga czy Sztok-
holm - leżały tak daleko. Rządami w kraju musieli zająć się
inni. Jak długo chłopi mieli co jeść, było im obojętne, jak
nazywa się król. Oni sprzeciwiali się tylko wysokim
podatkom.
  Zawsze jednak znalazła się grupa aktywnych buntow-
ników. Najważniejszym spośród nich, najodważniejszym
i najbardziej podziwianym był obecnie Dyre syn Alva.
  Silje nigdy przedtem go nie widziała. Nie miała pojęcia
ile ma lat i skąd pochodzi. Teraz przynajrnniej wiedziała,
jak, wygląda. Nie, nie będzie tą, która go wyda! Nic
dziwnego, że nikt nie chciał zdradzić jego imienia, gdy
pytała.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

niedziela, 07 października 2007 18:09
Silje zasnęła przed świtem. Kiedy się obudziła, był już
wieczór. Nie zdążyła nawet zobaczyć światła dziennego.
A może jednak?
  Wieczór... lub może raczej zmrok. Spojrzała w górę, na
niski sufit. Ciemne ściany z grubych bali. Okno. Pomyśleć
tylko, okno! Silje przyzwyczajona była do małych świet-
lików, które otwierało się za pomocą kijka.
  Szyba była zielona i chropowata, ale przepuszczała
ostatnie światło wieczoru.
  Dzieci!
  Odwróciła głowę. Na drugim posłaniu nie było niko-
go, ale kiedy wsłuchała się lepiej, usłyszała dziecięcy
śmiech. Widocznie ktoś bawił się z małą. Z głębi domu
dobiegł ją cichy płacz niemowlęcia, ale ucichł po chwili.
Może dziecko było właśnie karmione?
  W izbie było bardzo ciepło. Ogień płonął nadal, a więc
ktoś musiał...
  Silje poczuła, jak silny rumieniec pokrywa jej policzki.
Coś zaczęło świtać w jej głowie. Pamiętała, że raz
przebudziła się, by naciągnąć na siebie okrycie.
  - Dobrze, dobrze - usłyszała czyjś głos. - Nie bój się,
malutka. Jesteśmy już starzy a soki młodości opuściły nas
dawno temu.
  Przerażona otworzyła oczy. Dwaj starsi mężczyźni stali
pochyleni nad nią. Z ulgą spostrzegła, że ma na sobie
koszulę.
  - To balwierz z parafii - powiedział wysoki mężczyzna
z siwą kozią bródką i długimi, cienkimi, siwymi włosami.
Ubrany był w rzucające się w oczy szaty o mocnych
kolorach. - On zna się na leczeniu. A ja jestem Benedykt
Malarz.
  Wyrażał się w taki sposób, iż miała uczucie, że powinna
wstać i ukłonić się.
  Balwierz, który zajmował się też chorymi, był małym,
okrągłym człowieczkiem o przyjaznych oczach.
  - Od dawna masz takie stopy, dziewczyno? - zapytał.
  - Przypuszczam, że od urodzenia - Benedykt zaśmiał
się hałaśliwie.
  Silje od jakichś dwóch tygodni nie zdejmowała butów.
Teraz uniosła głowę i przerażona popatrzyła na swoje
stopy. Były spuchnięte, sinofioletowe, całe pokryte pęche-
rzami. I bardzo brudne, ale z tym łatwo było coś zrobić.
  - Zaaplikujemy gorące okłady - uspokoił ją balwierz.
- Nie będę puszczał ci krwi, bo widać, że nie masz jej
w nadmiarze. Twoje ręce nie wyglądają dużo lepiej niż
nogi, ale widziałem gorsze odmrożenia. Wszystko na
pewno będzie dobrze. Mam jak najlepsze świadectwo od
wysoko postawionych osób, jak na przykład barona...
  Jednym tchem wyrecytował całą listę znaczących na-
zwisk, aby jej zaimponować. Benedykt machnął ręką,
jakby się opędzał od natrętnej muchy, i usiadł na skraju
posłania. Szybko naciągnęła na siebie okrycie.
  - Opowiedz mi teraz - powiedział ojcowskim tonem
- skąd przyfrunęłaś? Dowiedziałem się tylko, że ocaliłaś
dwójkę dzieci i tego niemożliwego Heminga, i że warto
się tobą zająć. Ale twoje ubranie wskazuje na wielkie
ubóstwo.
  - Nie jest moje - powiedziała cicho. - Swoje oddałam
komuś, kto go bardziej potrzebował. Starej kobiecie,
która została we dworze. Miała tylko cienką koszulę.
  - A to? - zapytał i uniósł w palcach skrawek wor-
kowatego gałgana, po czym szybko odrzucił go ze
wstrętem na ziemię.
  - Zrobiłam je sama z tego, co znalazłam w stodole.
  Potrząsnął głową z niedowierzaniem.
  - Nigdy nie słyszałem czegoś podobnego! Oddać
jedyne ubranie! Poza tym wysławiasz się bardzo ładnie.
Kim właściwie jesteś?
  Silje zawstydziła się.
  - Nie jestem nikim szczególnym. Jestem Silje córka
Arngrima, niemożliwe dziecko kowala. Musiałam opuścić
dwór, kiedy wszyscy moi krewni pomarli. To, jak mówię,
to osobna historia.
  - Nadal jednak twierdzę, że jesteś kimś szczególnym
- powiedział malarz o wesołych, przyjaznych oczach.
- Masz dobre serce, a to rzadko się zdarza w tych podłych
czasach, kiedy każdy myśli przede wszystkim o sobie.
Szczególne jest i to, że jesteś pod taką opieką.
  Przez cały ten czas balwierz zajmował się jej stopami,
doglądając jednocześnie garnka, w którym gotował się
jakiś ostro pachnący wywar. Silje bardzo chciała, by
Benedykt wytłumaczył jej, co miał na myśli mówiąc "taka
opieka", ale wiedziała już z dośwladczenia, że nic z tego
nie będzie. Młodego Fiemunga wspomnieliby na pewno,
ale o drugim, który się za tym krył... nie pisnął ani słowa.
  - Mówisz sama o sabie, że jesteś niemożliwa. Opo-
wiedz mi o swym żyeiu na dworze, o tym, co tam robiłaś.
  Odwróciła głowę z uśmiechem zażenowania.
  - Obawiam się, że chwilami doprowadzałam ich do
rozpaczy. Oczywiście robiłam to, co mi kazano, w polu
i w dużym domu, ale na pewno byłam trochę... Jak to
określić? Nieobecna duchem? Miałam tyle snów na jawie.
I dużo czasu poświęcałam na to, by ozdobić świat wokół.
Udekorować.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

niedziela, 07 października 2007 18:05
Och, jakże cudownie było móc wyprostować ramiona
i pozbyć się ciężaru niemowlęcia. Mocniej otuliła dziew-
czynkę owczą skórą, owinęła się w suknię, szal i aksamitny
płaszcz i oparła głowę o kant wozu. Księżyc wznosił się na
wprost końskich łbów; uznała to za dobry znak. Przy-
szłość będzie jasna, pomyślała. Droga skręciła. Znów spoj-
rzała w górę. Na niebie zabłyszczała jasna gwiazda. Jeszcze
lepiej. Wszyscy przecież wiedzieli, że gwiazdy na niebie to
szczeliny, przez które można zajrzeć wprost do królestwa
Bożego. Bóg otworzył wyjątkowo piękne okienko nad Silje,
dziećmi, którymi się zaopiekowała, i tym wspaniałym
mężczyzną, którego pozwolono jej ocalić.
  Właściwie było jej smutno, że akurat teraz, gdy
siedziała u boku pięknego młodzieńca, odczuwała tak
śmiertelne zmęczenie, że oczy same się jej zamykały. Była
tak wycieńczona i zmarznięta, że początkowo nawet nie
mogła zasnąć, tylko siedziała półprzytomna. Wszystko ją
bolało.
  Raz prawie ocknęła się na moment z otępienia. Miała
niejasne wrażenie, że wóz stoi w miejscu, że słyszy czyjeś
głosy i że coś włożono jej w ramiona. Po chwili jednak
znów zapadła w sen.
  W pewnym momencie poczuła, że ktoś potrząsa ją za
rękę.
  - Gdzie jesteśmy? - Silje była tak zesztywniała, że
nawet mówiła niewyraźnie.
  - Jesteśmy na miejscu. Rozmawiałem z panem Benedy-
ktem. Możecie zająć mieszkanie dawnych gospodarzy.
  Z trudem zauważyła postacie, które wzięły od niej
dzieci. Księżyc zniknął, domyśliła się, że już świta.
Rozbudzona dziewczynka zaczęła płakać i wołać matkę.
Woźnica pomógł Silje zsiąść z wozu. Nie mogła ustać na
nogach, musiał ją podtrzymać.
  - Kim jest Benedykt?
  - To kościelny malarz, bardzo dziwny człowiek. Ale
ofiaruje wam schronienie.
  - Dzieciom też?
  - Tak, dzieciom też.
  Przez chwilę stali sami przy wozie.
  - Ale co stało się z tym młodym człowiekiem?
- zapytała Silje.
  - Z Hemingiem? Wysiadł jakieś pół godziny temu,
Podążał w inną stronę.
  Heming... Heming Zabójca Wójta? A więc to jednak
był on! Sama myśl, że pomogła mordercy, napełniła ją
głębokim uczuciem wstydu. Ale był taki młody i piękny...
  - Jest chyba wielu Norwegów, którzy walczą o niepod-
ległość kraju? - zapytała szybko.
  - Z pewnością, panno Silje.
  - Może więc należał do takiego związku tu w okolicy ?
  - Nie należy pytać tak wiele.
  A więc tak było. Zabrzmiało to uspokajająco. Można
wybaczyć komuś, kto walczy o swój kraj.
  Jakże uprzejmie zwracał się do niej woźnica. Panna
Silje! To na pewno z powodu tej aksamitnej szaty!
  - A ten drugi? Czy on też...?
  - Kto?
  - Ten, co z wami rozmawiał. Prosił was, byście nas
zawieźli do tego Benedykta.
  Woźnica schylił się i poprawił coś przy wozie.
  - Nie było nikogo innego, panno Silje. Tylko młody
Heming. Od niego otrzymałem rozkazy.
  Silje poczuła rosnący w niej upór, ale w porę przypom-
niała sobie słowa Heminga.
  - Coś mi się chyba pomyliło - powiedziała lekko-
Najwidoczniej zapomniałam o wszystkim, co zdarzyło się
tej nocy.
  - Tak będzie najlepiej, panno Silje.
  W domu płonęło łuczywo, a parobek rozpalał właśnie
ogień na palenisku, kiedy weszła do izby. Usłyszała
przyjazne głosy gawędzące z dziećmi. Dwie starsze
kobiety zajęły się maluchami, rozebrały je i przyniosły
dziewczynce do łóżka gorącą strawę.
  - Ona jest taka ładna - powiedziała jedna z kobiet. Nie
wyglądała na niezadowoloną z tego, że obudzono ją
w środku nocy. - Jak ma na imię?
  - Nie wiem - odparła Silje. - Nazywam ją Sol. A co
z niemowlęciem? Tak się bałam. Czy żyje?
  - Ależ tak. Chłopcu nic nie jest, choć nie odcięto mu
pępowiny.
  - Chłopcu? Och, mogło być niedobrze, powiedziałam
pewnym złym ludziom, że dziecko nazywa się Liv.
Nazwałam je tak, by uratować od śmierci. Ale skoro jest
chłopcem, będzie się nazywać Dag. Nie cheiał jeść
wcześniej i...
  - Nic nie szkodzi, to przecież noworodek. Żyje nadal
tym co przyniósł ze sobą na świat. Umyjemy go, ode-
tniemy i zawiążemy pępowinę, i mocno owiniemy w pie-
luchy. Bądź spokojna, zadbamy, by nie stało mu się nic
złego, choć przyszedł na świat w tak bezbożny sposób.
Wodę do mycia poświęcimy żarzącym się węglem, a do
jego posłania już włożyłyśmy kawałek żelaza. Pobłogos-
ławimy go jak należy, chlebem, a pożyczone ode mnie
dziedziczne srebro położymy mu na piersi. Ale dziew-
czynka wygląda na bardzo senną, myślę, że po prostu
zabierzemy ją do siebie, niech się dobrze wyśpi. Jest
jeszcze trochę zupy, chsesz?
  Silje nie miała nawet siły zaprotestować. Dziewczynka,
którą nazwała Sol, wsunęła się na jedno z posłań, a oczy
znów same jej się zamknęły. Ciepło ognia wypełniło izbę.
Tak cudownie błogiego uczucia Silje nie zaznała od
tygodni. Przyjęła miseczkę pełną zupy, którą wypiła
duszkiem, by nie tracić czasu na jedzenie łyżką. Był to
cienki krupnik z maleńkimi kawałkami posiekanej słoni-
ny. Smakował wyśmienicie. Rozkoszne ciepło rozchodzi-
ło się po całym ciele.
  Nim kobiety zdążyły opuścić pokój, opadła na posłanie
i zaczęła zasypiać. Czuła jeszcze, jak pomagają jej się
rozebrać i naciągają na nią okrycie, ale nie była już w stanie
otworzyć oczu. Wszystko ciążyło jej jakby było z żelaza.
  Zamknęły się drzwi i Silje usnęła jak zabita.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

niedziela, 07 października 2007 18:01
Nie odezwał się więcej. Szli w głąb lasu, w przeciwnym
niż miasto kierunku aż dotarli do jakiejś drogi. Za-
przężone do wozu konie niecierpliwie grzebały kopytami
ziemię, obok stała milcząca grupka jeźdźców. W blasku
księżyca Silje spostrzegła jasne loki "więźnia". Nie miał
konia, czekał obok wozu. Serce zabiło jej szybciej na jego
widok. Zaczęła ją bowiem gnębić myśl, że nie zobaczy go
już nigdy więcej.
  Zwierzoczłek, jak w myślach nazywała mężczyznę
w płaszczu z wilczej skóry, podszedł do woźnicy i długo
z nim rozmawiał. Potem wskoczył na konia i wszyscy
jeźdźcy zniknęli wraz z nim.
  Woźnica pomógł wsiąść jej i dzieciom, a młody, piękny
chłopak wskoczył na tył wozu. Zaskrzypiały koła, ruszyli.
  Cała dotychczasowa siła woli Silje zaczęła wyraźnie
przygasać, jakby przestała już otrzymywać pożywkę
z zewnątrz. Mimo że młody "więzień" był tuż obok, czuła
się tak, jakby jakieś rzucone na nią czary straciły nagle swą
moc i znów stała się samotną, bezradną Silje, zmęczoną,
przemarzniętą i wygłodniałą. Była zupełnie pusta w środ-
ku. Teraz nie miałaby odwagi nawet na chwilę stanąć
przed żołnierzami.
  Uparcie starała się zwalczyć ogarniającą ją apatię.
Siedziała wyprostowana, otulając dziecko własnym ubra-
niem, by tylko dać mu jak najwięccj swojego ciepła, jeżeli
jeszcze w ogóle je miała. Dziewczynka, przykryta owczą
skórą, zasnęła na jej kolanach. Silje owinęła się piękną
aksamitną szatą, która była tak obszema, że okrywała
również dzieci. Ramię podtrzymujące niemowlę całkiem
jej zdrętwiało, ale nie mogła się poddać. Była bzrdzo
zmęczona, czuła piasek pod powiekami, a ciało zesztyw-
niało jej z zimna. Chwilami wydawało się, że już zamzrzła,
i dlatego trzyma się tak prosto.
  Wóz toczył się szybko, kołysząc niemiłosiernie na
wszystkie strony. Musiała trzymać się mocno, by nie
wypaść. Światło księżyca połyskiwało między drzewami,
gdy opuszczali gminę Trondheim kierując się na wschód.
  - Dokąd jedziemy? - zapytała Silje po pewnym czasie.
Była tak zziębnięta, że nie mogła nawet wyraźnie mówić.
  - Jedziesz na dwór, gdzie zaraza zabrała już wszystkich,
których chciała tym razem. Ja jadę gdzie indziej.
  - Przepraszam, że pytam - powiedziała nieśmizło. - Ale
jest jedna rzecz, której nie rozumiem...
  - Tylko jedna? Jesteś naprawdę bystra!
  Nie podobało jej się, że kpi. Tak jakby była nie-
świadomym niczego dzieckiem!
  - Ten list z pieczęcią królewską... powiedzieli, że był
prawdziwy?
  - Zgadza się, ale jest bardzo stary. Już wiele razy nam
się przydawał.
  - Ale jak znalazł się w waszym posiadaniu?
  - Za dużo chcesz wiedzieć - powiedział, śmiejąc się
dźwięcznie. - Ale powinienem ci chyba podziękować za
pomoc.
  Najwyższy czas, pomyślała w duchu, choć tak napraw-
dę nie spodziewała się żadnego podziękowania.
  Spoglądała na niego z boku. Siedział ukośnie, z nogami
opartymi na desce, tuż koło niej. Znajdowali się teraz na
otwartej przestrzeni. Księżyc rzucał światło na młodą,
piękną twarz o okrągłych, jędrnych policzkach. Jej
następne pytanie zgasiło uśmiech na jego ustach.
  - Kto to był? - zapytała cicho.
  Zesztywniał.
  - Kto? Dowódca?
  - Nie, nie. Musicie wiedzieć, panie, o kogo mi chodzi.
O tego, który nam pomógł.
  Wpatrywał się w nią.
  - Nie rozumiem, o czym mówisz.
  - O człowieku na skraju lasu, ubranym w wilczą skórę,
tak że wyglądał jak zwierzę. O tym, który was uderzył, panie.
  Młodzieniec nachylił się ku niej blisko.
  Nikogo tam nie było - powiedział ostro. - Nikogo!
Rozumiesz? Nikogo! Nikogo!
  Silje odchyliła się do tyłu.
  - Ale...
  - Śniło ci się. Niczego nie widziałaś tej nocy, pamiętaj!
Czy sądzisz, że pozwoliłbym komuś uderzyć się bezkar-
nie? Zabiłbym tego, kto by to zrobił.
  Mówił cicho, tak by woźnica ich nie słyszał. Silje
poddała się. Rozumiała go. Na pewno zniewaga, którą
musiał odczuwać, była dla niego trudna do zniesienia.
Najpierw prawie zgładzony, później uratowany przez
młodą dziewczynę, a potem spoliczkowany przez męż-
czyznę.
  - Rozumiem - powiedziała ulegle.
  Od razu złagodniał.
  - Musisz być śmiertelnie zmęczona. Pozwól mi choć
przez chwilę potrzymać dziecko. Jest twoje?
  Silje zrobiła zrezygnowaną minę.
  - Nie, na Boga, jakże może być moje! Zajęłam się
obojgiem. Nie miały nikogo innego.
  Spojrzała na maleństwo i dała upust zaniepokojeniu,
które kryła w sobie już od dłuższego czasu.
  - Nie wiem, czy jeszcze żyje - powiedziała z obawą.
- Jest takie ciche, od kiedy opuściliśmy to... to miejsce.
  Wydawało się jej, że znów czuje smród ogniska,
w którym palono zwłoki, jakby nigdy nie miała go
zapomnieć.
  - Na pewno tylko śpi - powiedział miękko, odbierając
od niej dziecko.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  8 716  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Galerie

Archiwum

O mnie

nie potrafię się odnaleźć w tym świecie

O moim bloogu

Na blogu znajduje się Saga o Ludziach Lodu, któr zostałą napisana przez Margit Sandemo.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 8716
Wpisy
  • liczba: 20
  • komentarze: 105
Galerie
  • liczba zdjęć: 8
  • komentarze: 7
Bloog istnieje od: 3953 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl